Emerytura. Czy naprawdę wtedy zaczniemy żyć?

Wyobraź sobie, że ktoś mówi ci: masz jeszcze trzy miesiące życia.

Nie trzydzieści lat. Nie dziesięć. Nie „kiedyś”.

Trzy miesiące.

Co robisz?

Prawdopodobnie nagle przestajesz przejmować się tym, co do tej pory wydawało się śmiertelnie ważne.

Nie interesuje cię już, czy szef będzie zadowolony.

Nie masz ochoty zostać po godzinach.

Nie odkładasz wyjazdu na przyszły rok.

Nie mówisz: „zadzwonię do niego, jak będę miał więcej czasu”.

Nagle okazuje się, że ten samochód może być brudny, mieszkanie może poczekać na remont, a Excel naprawdę nie jest najważniejszą rzeczą na świecie.

Nagle chcesz zobaczyć morze.

Porozmawiać z córką.

Przytulić żonę.

Spotkać się z przyjacielem.

Powiedzieć komuś coś, czego od dwudziestu lat nie miałeś odwagi powiedzieć.

I wtedy pojawia się najbardziej absurdalna myśl:

„Dlaczego ja właściwie czekałem z tym wszystkim tak długo?”

Bo przecież większość z nas żyje dokładnie tak, jakby miała nieskończony zapas czasu.

Tylko że zamiast powiedzieć to wprost, wymyśliliśmy sobie piękne słowo:

emerytura.

 

Emerytura ma być naszym „później”.

Najbardziej eleganckim sposobem na odłożenie życia na bliżej nieokreślony termin.

Najpierw trzeba skończyć szkołę.

Potem studia.

Potem znaleźć pracę.

Potem się dorobić.

Potem kupić mieszkanie.

Potem spłacić kredyt.

Potem wychować dzieci.

Potem pomóc dzieciom kupić mieszkanie.

Potem doczekać się wnuków.

Potem jeszcze trochę popracować, bo przecież „emerytura będzie za mała”.

A potem...

A potem zaczniemy żyć.

Tak przynajmniej sobie obiecujemy.

Od czterdziestu lat.

 

Życie na później

 

Człowiek jest niezwykle pomysłowym stworzeniem.

Potrafi wymyślić tysiąc powodów, żeby nie robić dzisiaj tego, na co ma ochotę.

– Pojedziemy nad morze, jak dzieci podrosną.

– Zrobimy remont, jak będzie więcej pieniędzy.

– Kupimy sobie samochód, jak spłacimy kredyt.

– Odwiedzimy znajomych, jak będzie mniej pracy.

– Pojedziemy w podróż, jak przejdę na emeryturę.

– Zacznę pisać książkę, jak będę miał więcej czasu.

– Zadzwonię do niego jutro.

To „jutro” jest chyba najbardziej pojemnym miejscem na świecie.

Można tam zmieścić wszystko.

Podróże.

Marzenia.

Spotkania.

Rozmowy.

Przeprosiny.

Miłość.

I całe życie.

 

Emerytura – wielki dzień

 

Wreszcie nadchodzi.

Ostatni dzień pracy.

Wracasz do domu.

Zdejmujesz marynarkę.

Odkładasz telefon.

Nikt już nie będzie dzwonił o 7:12 z pytaniem:

„Masz chwilę?”

Oczywiście, że masz.

Od dzisiaj masz cały dzień.

Następnego też.

I kolejnego.

I kolejnego.

Po kilku tygodniach odkrywasz rzecz szokującą.

Nie masz pojęcia, co zrobić z tym całym czasem.

Przez czterdzieści lat marzyłeś o wolności, a teraz wolność patrzy na ciebie z kanapy i pyta:

„No dobrze. To co robimy?”

I wtedy zaczyna się wielkie życie

W poniedziałek zakupy.

We wtorek lekarz.

W środę wnuki.

W czwartek działka.

W piątek telewizor.

W sobotę wiadomości, że emeryci powinni więcej się ruszać.

W niedzielę rosół.

I tak zaczyna się długo wyczekiwane życie po pracy.

Oczywiście można kupić kijki do nordic walkingu.

Można zapisać się na uniwersytet trzeciego wieku.

Można nauczyć się hiszpańskiego.

Można kupić kampera.

Można nawet zostać influencerem emerytalnym i nagrywać filmiki o tym, jak zdrowo przygotować owsiankę.

Tylko że jest pewien problem.

Nie da się cofnąć czterdziestu lat.

Bo ciało nie czyta reklam banków

Banki bardzo lubią emeryturę.

Na reklamach emerytura wygląda cudownie.

Starsza para stoi na tle morza.

Uśmiechnięta.

Opalona.

Trzymają się za ręce.

Za nimi piękny zachód słońca.

Pewnie właśnie odebrali emeryturę i jadą kupić kampera.

Nikt w reklamie nie pokazuje emeryta siedzącego w kuchni i zastanawiającego się, dlaczego przez całe życie odkładał tę podróż.

Nikt nie pokazuje człowieka, który w wieku 67 lat ma pieniądze, ale nie ma już rodziców, z którymi chciał podróżować.

Nie pokazuje przyjaciół, którzy gdzieś zniknęli.

Nie pokazuje małżeństw, które po przejściu na emeryturę odkrywają, że przez trzydzieści lat właściwie rozmawiały głównie o rachunkach.

Nie pokazuje też człowieka, który właśnie dowiedział się, że ma poważną chorobę i powinien zwolnić.

Los niestety nie podpisuje umowy z terminem płatności na 65. urodziny.

„Jeszcze zdążę”

To zdanie powinno chyba wisieć nad każdym biurkiem.

 

Jeszcze zdążę.

 

Nie zadzwonię dzisiaj.

Jutro zadzwonię.

Nie pojadę teraz.

W przyszłym roku pojedziemy.

Nie mam czasu na spotkanie.

Jak przejdę na emeryturę, będę miał mnóstwo czasu.

Nie powiem mu, że jest dla mnie ważny.

Przecież on o tym wie.

Tak.

Oczywiście, że wie.

Tak samo jak wie, że kiedyś umrze.

Tylko że między „kiedyś” a „dzisiaj” jest czasami jedna wiadomość, jeden telefon albo jeden dzień.

I czasami ten dzień jest ostatnim.

 

Najdroższa rzecz, jaką odkładamy

 

Pieniądze można odłożyć.

Samochód można kupić później.

Mieszkanie można wyremontować za rok.

Telefon można wymienić za trzy lata.

Ale czasu nie można wpłacić na konto.

Nie ma lokaty:

„Odkładam dziesięć lat życia. Wypłata po sześćdziesiątce.”

Szkoda.

Byłaby to prawdopodobnie najlepiej oprocentowana lokata w historii.

Tylko że bankierem jest życie.

A życie ma bardzo kiepską politykę reklamacyjną.

 

Może więc emerytura nie jest początkiem?

 

Może powinniśmy przestać traktować emeryturę jak magiczną granicę.

Jakby do 65. roku życia obowiązywał okres próbny, a dopiero później zaczynała się właściwa wersja człowieka.

Bo przecież dzisiaj też mamy życie.

Niepełne.

Zawalone obowiązkami.

Z kredytem.

Z pracą.

Z dziećmi.

Z szefem.

Z podatkami.

Z poniedziałkiem rano.

Ale jednak życie.

I może nie chodzi o to, żeby rzucić pracę, sprzedać mieszkanie i jutro rano wyjechać na Bali.

Może wystarczy czasami zrobić coś zupełnie niepraktycznego.

Zadzwonić do kogoś bez powodu.

Pojechać gdzieś na jeden dzień.

Usiąść z żoną albo mężem bez telefonu.

Spotkać się z przyjacielem, którego nie widzieliśmy od dwóch lat.

Powiedzieć komuś „kocham cię”, zanim okoliczności zmuszą nas do powiedzenia „żałuję, że nie powiedziałem”.

Bo emerytura może przyjść.

A może przyjść tylko świadczenie emerytalne.

I to jest zasadnicza różnica.

 

Bo jest jeszcze jedna data

 

W życiu mamy mnóstwo dat.

Urodziny.

Ślub.

Pierwszy dzień pracy.

Ostatni dzień pracy.

Pierwszą wypłatę.

Pierwszą emeryturę.

A potem przychodzi data, której nikt nie wpisuje do kalendarza.

 

Data ostatniego dnia.

 

Nie wiemy, kiedy będzie.

Nie możemy jej przesunąć.

Nie możemy poprosić o dodatkowy miesiąc.

Nie możemy powiedzieć:

„Panie Boże, teraz naprawdę nie mogę. Mam jeszcze kilka rzeczy do zrobienia.”

Dlatego może największym błędem nie jest przejść na emeryturę za późno.

Może największym błędem jest przez całe życie czekać na moment, w którym wreszcie zaczniemy żyć.

Bo emerytura nie jest obietnicą, że będziemy mieli czas.

Emerytura jest tylko pierwszym dniem, w którym zaczynamy zauważać, jak szybko ten czas minął.

A najgorsze?

Czasami człowiek całe życie odkłada życie na emeryturę...

a emerytura przychodzi bez niego.