23.10.2026
Czy trzeba być szczęśliwym?
Smażyłam naleśniki, kiedy mój pięcioletni wnuk usiadł przy kuchennym stole i zapytał:
— Babciu, a ty jesteś szczęśliwa?
Odwróciłam się od patelni i spojrzałam na niego zaskoczona.
— A skąd ci przyszło do głowy takie pytanie?
— Bo w Śwince Peppie Peppa zapytała mamę, czy jest szczęśliwa. To ja też chciałem zapytać ciebie.
Powiedział to zupełnie zwyczajnie, jakby pytał, czy dostanie jeszcze jednego naleśnika. Zresztą pewnie właśnie na tym mu zależało, bo na stole stał już talerz z pierwszą porcją, a obok czekał słoik z dżemem malinowym.
Najprościej byłoby powiedzieć, że oczywiście, jestem szczęśliwa. Mam męża, córkę, wnuka i własny dom. Nie uważam też, że życie ułożyło mi się źle. A jednak pytanie pięciolatka okazało się trudniejsze, niż mogłoby się wydawać. Bo kiedy człowiek ma odpowiedzieć, czy jest szczęśliwy, to od czego właściwie powinien zacząć? Od tego, co ma dzisiaj, czy od tego, co przeżył przez wszystkie minione lata?
Pamiętam, jak wychodziłam za mąż. Mój przyszły mąż był wtedy najprzystojniejszym chłopakiem w całej wsi, a do tego pracowitym, więc nic dziwnego, że niejedna dziewczyna miała na niego oko. Mnie jednak udało się zawrócić mu w głowie i do dziś, kiedy czasem na niego patrzę, myślę sobie, że całkiem dobrze wtedy trafiłam. Byłam zakochana, cieszyłam się ślubem i tym, że zaczynamy wspólne życie. Nie zastanawiałam się wtedy, czy jestem szczęśliwa. Po prostu byłam.
Później przyszła codzienność, a razem z nią praca, obowiązki i rachunki, które same się nie płaciły. Na wsi nie dało się wszystkiego zaplanować tak, jak człowiek by chciał. Jeśli trzeba było zebrać siano, patrzyło się w niebo i modliło, żeby nie padało. Z pieniędzmi też nie zawsze było tak, jak byśmy chcieli. Dzieci rosły, potrzebowały nowych ubrań, a człowiek czasem oglądał w sklepie coś ładnego, po czym odkładał to na półkę, bo ważniejsze były inne wydatki.
Zdarzało nam się też pokłócić. Zmęczenie potrafiło odebrać cierpliwość nawet wtedy, kiedy przecież człowiek kochał tego drugiego najbardziej na świecie. Czasem wystarczyło jedno niepotrzebne słowo, żeby wieczór, który mógł być spokojny, kończył się obrażeniem na siebie. Dzisiaj nie pamiętam już większości tych sprzeczek. Pamiętam za to, że następnego dnia trzeba było wstać i robić swoje, a po jakimś czasie człowiek znów potrafił się śmiać z czegoś, co jeszcze wczoraj wydawało się końcem świata.
Może właśnie dlatego tak dobrze pamiętam nasz pierwszy wspólny wyjazd nad morze. Byliśmy wtedy trzy lata po ślubie i dopiero po raz pierwszy udało nam się zostawić gospodarstwo na kilka dni. Wcześniej zawsze było coś pilniejszego albo po prostu brakowało pieniędzy. W końcu jednak pojechaliśmy.
Nie pamiętam już, ile kosztował nocleg ani co jedliśmy na obiad. Pamiętam za to plażę, szum morza i mewy, które kręciły się nad nami, jakby nie miały na świecie nic pilniejszego do roboty. Siedzieliśmy obok siebie i nigdzie nie musieliśmy się spieszyć. Nikt nie czekał na nas z pracą, niczego nie trzeba było naprawiać ani załatwiać. Wtedy wydawało mi się to czymś zupełnie zwyczajnym, ot, kilka dni odpoczynku. Dzisiaj, kiedy wracam do tamtego wyjazdu, czuję, że byłam wówczas naprawdę szczęśliwa.
Potem urodziła się nasza córka. Pamiętam radość, kiedy pierwszy raz wzięłam ją na ręce, ale pamiętam też nieprzespane noce i te chwile, kiedy marzyłam tylko o tym, żeby ktoś pozwolił mi spokojnie wypić herbatę, zanim wystygnie. Macierzyństwo było piękne, ale nie zawsze łatwe. Zresztą chyba dopiero po latach człowiek rozumie, że jedno nie wyklucza drugiego.
Kiedy córka dorastała, martwiłam się o nią jak każda matka. Czy dobrze wybierze, czy sobie poradzi, czy nie będzie musiała przechodzić przez to, co mnie kiedyś bolało. Potem wyjechała z domu, ułożyła sobie życie i zaczęła radzić sobie bez moich rad, choć nie zawsze umiałam się z tym pogodzić. Byłam z niej dumna, ale czasem brakowało mi jej obecności. Chyba każda matka musi się kiedyś nauczyć, że dziecko, które przez tyle lat było częścią jej codzienności, ma prawo zbudować sobie własną.
A teraz mam wnuka, który przychodzi do mnie na całe dnie, bo do przedszkola jest daleko, a z córką i zięciem uznaliśmy, że tak będzie najlepiej. Robimy razem różne rzeczy, czasem czytamy książeczki, czasem wychodzimy na podwórko, a czasem po prostu siedzimy w kuchni i rozmawiamy o sprawach, które dla niego są najważniejsze na świecie. Na przykład o tym, dlaczego dżem malinowy jest lepszy od truskawkowego albo czy pies sąsiadów naprawdę rozumie, co się do niego mówi.
Lubię te nasze dni. Lubię, kiedy wnuk biegnie do mnie od progu, i to, że mogę być blisko, gdy poznaje świat. Cieszę się też, że mój mąż wciąż jest obok, choć czasem doprowadza mnie do szału tym swoim przekonaniem, że wszystko wie najlepiej. Po tylu latach nie zamieniłabym go jednak na żadnego innego.
Czy to znaczy, że jestem szczęśliwa?
Chyba tak. A przynajmniej mam wiele powodów, żeby tak powiedzieć. Tylko że bywają dni, kiedy wszystko jest na swoim miejscu, a ja i tak czuję jakiś dziwny niedosyt. Nie chodzi o to, że chciałabym zmienić swoje życie albo że czegoś bardzo mi brakuje. To raczej takie wrażenie, że może gdzieś czeka jeszcze coś, czego nie umiem nazwać. Czasem myślę, że zawsze tak miałam.
Kiedy byłam młoda, wydawało mi się, że prawdziwe szczęście zacznie się po ślubie. Potem człowiek czekał na własny dom, na dzieci, na to, aż trochę podrosną i będzie można odetchnąć. Kiedy dorastały, chciało się, żeby dobrze sobie ułożyły życie. A gdy już to się stało, okazywało się, że nadal jest na co czekać. Na spokojniejszy czas, na odpoczynek, na jakiś wyjazd, na zwykły dzień bez pośpiechu.
Nie wiem, czy to źle. Może po prostu tak już mamy, że łatwiej wyobrazić sobie szczęście, które dopiero nadejdzie, niż zauważyć to, które właśnie nam się przydarza. Nie znaczy to przecież, że trzeba być zadowolonym ze wszystkiego ani udawać, że trudne chwile nie istnieją. Życie potrafi dać człowiekowi w kość i nie każdą stratę da się czymś wynagrodzić. Ale obok tych trudnych chwil zdarzają się też takie, do których wracamy później myślami, nawet jeśli wtedy nie wydawały nam się niczym wyjątkowym.
— Babciu, mogę jeszcze jednego? — zapytał wnuk, wskazując na talerz.
Uśmiechnęłam się i sięgnęłam po chochlę. Dla niego sprawa szczęścia najwyraźniej była już zakończona. Najważniejsze, że naleśniki się nie skończyły.
A ja jeszcze przez chwilę myślałam o jego pytaniu.
Przez całe życie czekamy na szczęście, które ma dopiero nadejść. Na lepszy czas, spokojniejsze dni, spełnione marzenia. A potem, kiedy oglądamy się za siebie, okazuje się, że były w tym życiu chwile, do których najchętniej wrócilibyśmy choć na moment. I że wtedy, kiedy się wydarzały, nie wiedzieliśmy jeszcze, jak bardzo będziemy za nimi tęsknić.