Po śmierci wszyscy stają się trochę lepsi

Na pogrzebach często słyszy się, że zmarły był wspaniałym człowiekiem. Dobrym ojcem, oddanym mężem, życzliwym sąsiadem. Ktoś wspomina, że zawsze można było na niego liczyć, ktoś inny opowiada zabawną historię sprzed lat. Ludzie kiwają głowami, czasem się uśmiechają, czasem ocierają łzy. I trudno się temu dziwić. Przecież nikt nie przychodzi na pogrzeb po to, żeby urządzać sąd nad człowiekiem, którego już nie ma.

Stałem kiedyś na takim pogrzebie i słuchałem, jak kolejni ludzie opowiadają o zmarłym. Niektóre historie znałem, inne słyszałem po raz pierwszy. Wszystkie układały się w obraz człowieka, który miał swoje wady, jak każdy, ale przede wszystkim był dobry. Taki, o którym można powiedzieć kilka ciepłych słów i wrócić do domu z poczuciem, że pożegnaliśmy kogoś wartościowego.

Tylko że ja pamiętałem go trochę inaczej.

Nie chciałbym przez to powiedzieć, że wszyscy się mylili. Może dla nich rzeczywiście taki był. Pomagał, kiedy ktoś go o to poprosił, potrafił rozbawić towarzystwo, miał swoje dobre strony. Ja też je znałem. Pamiętałem jednak również rozmowy, po których człowiek długo zastanawiał się, czy rzeczywiście zrobił coś złego. Pamiętałem słowa wypowiadane z taką pewnością siebie, że nie pozostawiały miejsca na odpowiedź. I ten szczególny rodzaj milczenia, który pojawiał się wtedy, gdy ktoś próbował mu się sprzeciwić.

Nie był potworem. Nie był też człowiekiem bez zalet. Był po prostu kimś, z kim nie zawsze było łatwo żyć. A przecież właśnie takich ludzi spotykamy najczęściej. Nie tych jednoznacznie złych ani tych, którym bez wahania postawilibyśmy pomnik, lecz ludzi, których można lubić za jedno, a mieć im za złe coś zupełnie innego.

Na cmentarzu nie powiedziałem niczego, co mogłoby zepsuć atmosferę pożegnania. Zresztą nikt mnie o zdanie nie pytał. Stałem więc razem z innymi, słuchałem i pomyślałem, że śmierć ma niezwykłą zdolność porządkowania cudzych życiorysów. To, co za życia było skomplikowane, nagle staje się prostsze. Spory tracą znaczenie, ostre słowa gdzieś się rozmywają, a człowiek, który jeszcze niedawno potrafił doprowadzić rodzinę do łez ze złości, zaczyna być wspominany przede wszystkim z uśmiechem.

Może tak jest łatwiej. Może potrzebujemy wierzyć, że ktoś, kogo żegnamy, był lepszy, niż czasami nam się wydawało. A może po prostu nie wypada mówić inaczej. W końcu nad grobem nie będziemy wyliczać komuś dawnych win, nawet jeśli przez lata mieliśmy do niego żal.

Zastanawiam się jednak, co w takiej chwili dzieje się z tymi, którzy pamiętają więcej. Z córką, która kochała ojca, ale przez całe życie czekała na jedno dobre słowo. Z żoną, która potrafiła dostrzec w mężu człowieka godnego podziwu, a jednocześnie wie, ile razy płakała przez niego w samotności. Z synem, który tęskni za ojcem, choć do dziś nie potrafi zapomnieć, jak często słyszał, że jest niewystarczająco dobry.

Czy oni również powinni stanąć przy grobie i udawać, że pamiętają wyłącznie to, co piękne? Czy miłość do zmarłego wymaga, żebyśmy po jego śmierci zmienili całą historię naszej relacji?

Nie sądzę.

Można tęsknić za człowiekiem, który nie zawsze nas szanował. Można wspominać wspólne wakacje, śmiech przy niedzielnym stole i drobne gesty, które miały znaczenie, a jednocześnie pamiętać o tym, co bolało. Jedno nie musi unieważniać drugiego. Uczucia nie są przecież księgowością, w której wystarczy podliczyć dobre i złe chwile, żeby otrzymać ostateczny wynik.

Być może właśnie dlatego tak trudno nam rozmawiać o zmarłych szczerze. Bo boimy się, że jeśli przyznamy, iż ktoś potrafił być dla nas niedobry, zabrzmi to tak, jakbyśmy przestali go kochać. Jakbyśmy odbierali mu coś, co należy mu się po śmierci. Tymczasem niektóre relacje pozostają trudne nawet wtedy, gdy nie ma już z kim ich wyjaśnić. I nie zmienia tego ani zamknięta trumna, ani najpiękniejszy nekrolog, ani dziesięć wzruszających przemówień.

Nie piszę tego po to, żeby odbierać zmarłym dobre wspomnienia. Sam wolałbym, żeby ludzie pamiętali o mnie to, co zrobiłem dobrze, niż urządzali po mojej śmierci przegląd wszystkich moich błędów. Nie chciałbym jednak, żeby ktoś, kto mnie kochał, musiał nagle udawać, że nigdy go nie zawiodłem.

Bo przecież nie przychodzimy na świat jako ludzie idealni i nie stajemy się nimi w chwili śmierci. Pozostajemy tacy, jacy byliśmy, ze wszystkim, co w nas dobre, i z tym, czego nie udało nam się w sobie naprawić.

A jeśli ktoś po naszym odejściu będzie za nami tęsknił, choć pamięta także te trudne chwile, to może właśnie tak wygląda pamięć o kimś, kogo nie da się sprowadzić do kilku pięknych słów.