Zanim zapalą się znicze

Na grób babci staram się zaglądać przynajmniej raz w miesiącu. Cmentarz jest w tej samej miejscowości, w której mieszkam, więc nie mam żadnego powodu, żeby tłumaczyć się odległością ani brakiem czasu. Oczywiście zdarzają się miesiące, kiedy człowiek ma na głowie tyle spraw, że nagle okazuje się, iż od ostatniej wizyty minęło trochę więcej czasu, niż planował. Ale przed Wszystkimi Świętymi jestem tutaj zawsze. Wtedy grób powinien wyglądać szczególnie dobrze. Nie wiem, czy babcia przywiązywała do tego aż taką wagę, ale podejrzewam, że gdyby mogła teraz zobaczyć, jak się staram, nie miałaby większych zastrzeżeń.

Tym razem też zabrałem się do porządków z większym zapałem niż zwykle. Najpierw usunąłem liście, które nawiało między płytę a obrzeże, potem przetarłem kamień, poprawiłem kwiaty i ustawiłem znicze tak, żeby wszystko wyglądało, jak należy. Cofnąłem się o kilka kroków, oceniłem efekt i przesunąłem jeden z lampionów o parę centymetrów. Dopiero wtedy uznałem, że można kończyć. Człowiek potrafi być dokładny w sprawach, w których nie ma już komu powiedzieć, czy zrobił coś dobrze.

Kiedy schowałem rzeczy do torby, nie ruszyłem od razu w stronę wyjścia. Na cmentarzu było jeszcze sporo ludzi, ale większość zajmowała się własnymi grobami. Ktoś mył płytę, ktoś inny próbował dopasować pokrywkę do plastikowego pojemnika na kwiaty, a starsza pani obok od dłuższej chwili walczyła z foliową osłonką, która za nic nie chciała zsunąć się z bukietu. Każdy miał swoje małe zadanie do wykonania, jakby od tego zależało, czy nadchodzące święto będzie udane.

Poszedłem alejką w stronę starszej części cmentarza. Nie zaglądałem tam często, bo nie miałem tam nikogo bliskiego, ale lubiłem czasem przejść się między starymi nagrobkami. Było w nich coś, czego brakowało nowszym, równym płytom, ustawionym jedna obok drugiej. Nie potrafiłem powiedzieć, czy chodziło o kształt kamienia, wyblakłe fotografie, czy może o wrażenie, że te groby pamiętają czasy, o których nikt już nie opowiada.

Na jednym z nagrobków litery były tak starte, że nie potrafiłem odczytać nazwiska. Zostało kilka fragmentów imienia i daty, ale równie dobrze mogłem się pomylić. Na sąsiednim przechylał się krzyż, jakby od dawna próbował oprzeć się o coś, czego nie było. Jeszcze dalej zobaczyłem niewielki kopiec ziemi. Nie było porządnej płyty, nie było widocznego nazwiska, tylko nierówna powierzchnia porośnięta trawą i kilka liści, które przykleiły się do wilgotnej ziemi.

Zastanowiłem się, kto tam leży. Czy miał rodzinę? Czy ktoś przychodził tu kiedyś z kwiatami, poprawiał krzyż, zapalał świeczkę? A może pochowano tam człowieka, z którym trudno było żyć i za którym nikt szczególnie nie tęsknił? Takie rzeczy też się przecież zdarzają. Nie wszyscy byli dobrymi mężami, troskliwymi ojcami czy ukochanymi babciami. Niektórzy potrafili zatruć życie najbliższym, a po ich śmierci w rodzinie nie zawsze zostawała wyłącznie pustka.

Nie miałem jednak żadnego prawa, żeby rozstrzygać, jak było w tym przypadku. Zaniedbany grób nie mówił mi niczego pewnego o człowieku, który pod nim spoczywał. Może jego dzieci dawno umarły, może wnuki wyjechały na drugi koniec świata, a może po prostu nie było już nikogo, kto pamiętałby, gdzie go pochowano. Z zewnątrz wszystkie te historie mogły wyglądać tak samo.

I wtedy, zupełnie niespodziewanie, pomyślałem o własnym grobie.

Nie wiem, dlaczego akurat wtedy przyszło mi to do głowy. Może dlatego, że jeszcze przed chwilą poprawiałem znicze na grobie babci, a teraz patrzyłem na miejsce, w którym nie potrafiłem nawet odczytać nazwiska zmarłego. Przemknęło mi przez myśl, że przecież nic nie stoi na przeszkodzie, żeby za życia wybrać sobie pomnik. Można pójść do zakładu kamieniarskiego, obejrzeć próbki kamienia, porównać kolory, kształty i ceny. Zdecydować, czy chciałoby się coś niewielkiego i skromnego, czy może porządny pomnik, który będzie wyglądał tak, jakby miał przetrwać jeszcze kilka pokoleń.

Im dłużej o tym myślałem, tym bardziej absurdalna wydawała mi się ta scena. Wyobraziłem sobie, że wchodzę do zakładu, podchodzę do sprzedawcy i mówię, że chciałbym wybrać nagrobek dla siebie. Tak na przyszłość, żeby rodzina nie musiała się później zastanawiać. Sprzedawca pewnie zapytałby o rodzaj kamienia, wymiary i budżet, a ja stałbym przed nim, próbując zachować powagę, podczas gdy w głowie układałbym odpowiedź na pytanie, czy interesuje mnie również tablica z napisem.

A przecież mógłbym pójść o krok dalej i wybrać także trumnę. Wtedy miałbym już właściwie wszystko ustalone, poza terminem realizacji, którego na szczęście nikt nie wymagałby ode mnie podania.

Uśmiechnąłem się do tej myśli, ale zaraz przestało mi być tak wesoło. Dlaczego właściwie miałoby to być takie dziwne? Przecież w życiu załatwiamy mnóstwo spraw, które dotyczą przyszłości. Kupujemy mieszkania, ubezpieczamy samochody, odkładamy pieniądze na emeryturę, a czasem nawet planujemy, gdzie spędzimy wakacje za kilka lat. Możemy rozmawiać o chorobach, operacjach i pieniądzach, ale kiedy pojawia się temat własnego pogrzebu, nagle wszyscy tracą ochotę do rozmowy. Jakby samo wypowiedzenie kilku zdań na ten temat mogło sprawić, że śmierć przestanie być odległą sprawą.

A przecież kiedyś ktoś będzie musiał zdecydować za mnie. Ktoś wybierze miejsce pochówku, zorganizuje pogrzeb, kupi trumnę, a później być może stanie przed podobnym dylematem jak ja przed chwilą. Czy pomnik ma być skromny, czy okazały? Czy wystarczy zwykła płyta, czy warto dopłacić do droższego kamienia? Czy zamówić dodatkową tablicę, a jeśli tak, to co na niej napisać? W dodatku wszystko to trzeba będzie załatwić w czasie, kiedy najbliżsi będą mieli na głowie znacznie więcej niż wybór koloru granitu.

Zastanowiłem się, czy naprawdę chciałbym zostawić im wszystkie te decyzje. Nie miałem przecież szczególnych wymagań. Nie potrzebowałem pomnika, który przyciągałby wzrok z drugiego końca alejki. Z drugiej strony nie chciałbym chyba również, żeby ktoś uznał, że skoro mnie już nie ma, można wybrać cokolwiek, byle tylko sprawę mieć z głowy. Wydawało mi się, że gdzieś pomiędzy jednym a drugim kryje się odpowiedź, ale nie potrafiłem jej znaleźć.

Ruszyłem dalej. Przy jednym z grobów stał bukiet sztucznych kwiatów, wciąż intensywnie czerwonych, choć wokół wszystko zaczynało powoli tracić kolory. Płatki były równe, liście nie miały żadnych przebarwień, a całość wyglądała tak, jakby dopiero co wyjęto ją z folii. Pomyślałem, że te kwiaty pewnie postoją tu jeszcze długo po tym, jak zwiędną prawdziwe chryzantemy, które ludzie przynoszą teraz na cmentarz całymi naręczami.

Nie mam nic przeciwko sztucznym kwiatom. Rozumiem, że nie każdy może przyjeżdżać na cmentarz co kilka dni, a niektórzy mają już dość problemów z samym dojściem do grobu, żeby jeszcze martwić się o podlewanie i wymianę bukietu. Mimo to przypomniało mi się, że kiedy kupujemy kwiaty na urodziny, imieniny czy ślub, raczej nie szukamy takich, które będą wyglądały identycznie przez następne pół roku. Przeciwnie, wybieramy żywe, choć wiemy, że po kilku dniach stracą świeżość. Ich urok polega przecież również na tym, że nie są wieczne.

Na cmentarzu próbujemy czasem zatrzymać ten proces. Kupujemy kwiaty, które nie więdną, znicze, które długo się palą, i kamień, który ma przetrwać pokolenia. Jakbyśmy chcieli choć w ten sposób oszukać czas, skoro nie możemy zrobić tego inaczej.

Pomyślałem, że gdyby ktoś kiedyś przyniósł mi na grób sztuczne kwiaty, pewnie nie miałbym nic przeciwko. Trudno zresztą wyobrazić sobie zmarłego, który narzeka na kolor bukietu albo uważa, że znicz jest za mały. Ale gdybym miał wybierać, wolałbym chyba, żeby ktoś przyniósł mi czasem jedną świeżą gałązkę albo kwiat, nawet jeśli po kilku dniach miałby zwiędnąć. Nie ze względu na wygląd grobu. Bardziej dlatego, że ktoś musiałby pomyśleć o mnie właśnie tego dnia i specjalnie po niego pójść.

Zaraz jednak dotarło do mnie, że to również dość wygodne oczekiwanie. Łatwo planować, co inni powinni robić po naszej śmierci, kiedy samemu nie będzie już trzeba pamiętać o żadnych terminach, zakupach ani porządkach. Można zażyczyć sobie skromnego pomnika, świeżych kwiatów i jednego znicza, ale przecież nie da się zamówić czyjejś pamięci na określoną liczbę lat. Nie można też wymagać, żeby ktoś przyjeżdżał na cmentarz regularnie, jeśli jego życie potoczy się inaczej, niż dziś sobie wyobrażamy.

Przy grobie babci zatrzymałem się jeszcze raz. Wszystko wyglądało tak, jak powinno przed pierwszym listopada. Kamień był czysty, kwiaty ustawione, a znicze czekały na wieczór. Miałem poczucie, że zrobiłem to, co należało, i przez chwilę byłem z tego zwyczajnie zadowolony.

Pomyślałem tylko, że babcia nigdy nie powiedziała mi, jaki chciałaby mieć grób. Może zresztą nigdy jej o to nie zapytałem. Wtedy były inne sprawy, a rozmowy o śmierci wydawały się niepotrzebne, bo przecież jeszcze tyle czasu miało być przed nami.

Schowałem torbę do samochodu i ruszyłem do domu. Nie postanowiłem, że następnego dnia pójdę do kamieniarza. Nie zacząłem też planować własnego pogrzebu. Wystarczyło mi, że przez chwilę pomyślałem o sprawach, o których zwykle nie myśli się w drodze do sklepu ani podczas rozmowy przy niedzielnym obiedzie.

A kiedy odjeżdżałem, przypomniałem sobie stary kopiec ziemi, przy którym wcześniej się zatrzymałem. Nadal nie wiedziałem, kto tam leży ani czy ktoś jeszcze o nim pamięta.

Wiedziałem tylko, że kiedyś na tym miejscu również ktoś mógł poprawiać kwiaty, zapalać znicz i odsuwać się o kilka kroków, żeby sprawdzić, czy wszystko wygląda jak należy.

I być może wtedy także wydawało mu się, że ma jeszcze bardzo dużo czasu.