12.10.2026
Podróż w dawne czasy
Do miasteczka nad Wisłą nie jeździłem od wielu lat. Kiedyś przyjeżdżałem tam z rodzicami i rodzeństwem na wakacje, do dziadków mojej mamy, którzy mieszkali na drugim końcu Polski. Mama wyjechała stamtąd zaraz po studiach, bo w małym miasteczku trudno było znaleźć perspektywy na przyszłość. My przyjeżdżaliśmy na kilka dni, czasem na dłużej, nie zastanawiając się nad tym, że kiedyś te podróże staną się wspomnieniem.
Kiedy po tylu latach znów wjeżdżałem do miasteczka, samochód wspinał się pod górę tą samą drogą, którą pamiętałem z dzieciństwa. I nagle zobaczyłem siebie siedzącego na wozie zaprzęgniętym w dwa konie.
Dziadek wracał z pola z sianem, a my siedzieliśmy na jego szczycie, wysoko ponad drogą, jakbyśmy jechali w niezwykłej karocy. Siano pachniało tak intensywnie, że do dziś wystarczy pomyśleć o upalnym lecie, by przypomnieć sobie ten zapach. Kiedy zaczynała się górka, patrzyliśmy przed siebie i zastanawialiśmy się, czy konie dadzą radę wciągnąć wóz na samą górę. Dziadek pewnie wiedział, że sobie poradzą, ale dla nas nie było to wcale takie oczywiste.
Dzisiaj samochód pokonał ten sam podjazd w kilka sekund. Dopiero po drugiej stronie zrozumiałem, że przez moment znów siedziałem na wozie z rodzeństwem, czułem zapach siana i czekałem, aż konie pokonają ostatnie metry.
Po śmierci dziadków przyjeżdżaliśmy coraz rzadziej. W końcu minęło tyle lat, że przestałem myśleć o tym miejscu jak o czymś, co jeszcze czeka na mnie po drugiej stronie kraju.
Tym razem chciałem odwiedzić grób dziadków i zobaczyć, co się zmieniło. Okazało się, że pamięć o drogach jest trwalsza, niż przypuszczałem. Wiedziałem, gdzie skręcić, którą ulicą jechać i jak dotrzeć nad Wisłę.
Rzeka wyglądała niemal tak samo jak w dzieciństwie. Pamiętałem, jak jeździliśmy z rodzicami na przeprawę promową. Dla dorosłych był to sposób, żeby dostać się na drugi brzeg, dla nas — atrakcja sama w sobie. Czekaliśmy na prom, obserwowaliśmy, jak zbliża się do brzegu, a potem patrzyliśmy, jak woda zamyka się za nim. Nikt nas nie poganiał i nigdzie nie musieliśmy zdążyć.
Stałem nad Wisłą i próbowałem sobie przypomnieć, kiedy ostatnio byłem tu z dziadkami. Daty mieszały mi się ze sobą, ale pamiętałem rozmowy dorosłych, których wtedy nie słuchałem, i własne przekonanie, że takie dni będą się powtarzać bez końca.
W drodze powrotnej minąłem miejsce, w którym kiedyś było nasze boisko. Zwykła łąka, dwie bramki z kamieni i żadnej poprzeczki. Po każdym mocniejszym strzale zaczynała się kłótnia, czy piłka przeleciała między kamieniami, czy obok. Nie pamiętam wyników tamtych meczów, ale do dziś potrafię sobie przypomnieć, jak poważnie traktowaliśmy te spory.
Niedaleko było pole malin, na które zakradaliśmy się wieczorami. Nie pamiętam już, do kogo należało. Wiedzieliśmy tylko, że maliny najlepiej smakują prosto z krzaka, a jeszcze lepiej, jeśli trzeba je zdobyć trochę na przekór dorosłym. Wtedy nie nazywaliśmy tego przygodą. Po prostu tak wyglądały nasze wakacje.
W miejscu, w którym kiedyś stało kino, mieścił się teraz sklep. Wszedłem do środka i kupiłem lody na patyku. Wyszedłem przed budynek i przez chwilę próbowałem sobie przypomnieć tamtą kawiarnię, do której chodziliśmy całą rodziną. Lody podawano w pucharkach i wydawały mi się najlepsze na świecie. Może dlatego, że jedliśmy je po spacerze, a może po prostu dlatego, że byliśmy wtedy wszyscy razem.
Te dzisiejsze były zwyczajne, słodkie i szybko topniały. Zjadłem je do końca, choć nie smakowały tak, jak się spodziewałem.
Dopiero wtedy przypomniałem sobie kino. Seanse odbywały się w soboty i niedziele, bo w tygodniu ludzie mieli swoje zajęcia, a w weekend sala potrafiła być pełna. W telewizji były dwa programy, więc wyjście do kina było wydarzeniem. Teraz w miejscu, gdzie kiedyś czekało się na początek filmu, ludzie kupowali chleb, mleko i lody na patyku.
Po południu pojechałem na cmentarz. Grób dziadków odnalazłem bez trudu. Poprawiłem przechylony znicz, odsunąłem kilka liści i postałem chwilę w milczeniu. Kiedy odwróciłem się, żeby odejść, usłyszałem za sobą:
– Ty jesteś chyba wnukiem pani Heleny?
Mężczyzna stał kilka kroków dalej. Przez moment próbowałem dopasować jego twarz do wspomnienia, aż w końcu rozpoznałem Marka. Kiedyś spędzaliśmy razem niemal każde wakacje. Teraz miał siwe włosy i twarz, na której czas zapisał więcej, niż chciałbym zauważyć.
Przywitaliśmy się i zaczęliśmy rozmawiać. Powiedzieliśmy sobie, gdzie teraz mieszkamy, czym się zajmujemy, kto został w miasteczku. Nasze życia potoczyły się w różnych kierunkach i początkowo trudno było znaleźć wspólny temat.
A potem Marek przypomniał sobie boisko.
– Pamiętasz, jak się pokłóciliśmy, bo nie chciałeś uznać gola?
Roześmiałem się. Nagle znów zobaczyłem tamtą łąkę, kamienie zamiast bramek i siebie, który za nic nie zamierzał przyznać się do porażki. Zaczęliśmy wspominać mecze, a potem wieczorne wyprawy po maliny. Przez kilka minut rozmawialiśmy tak, jakby pomiędzy tamtym dzieciństwem a dzisiejszym spotkaniem nie wydarzyło się nic szczególnego.
Nie trwało to długo. Pożegnaliśmy się bez obietnic, że będziemy dzwonić albo spotkamy się za rok. Każdy poszedł w swoją stronę. Patrzyłem jeszcze przez chwilę, jak Marek oddala się między grobami, i pomyślałem, że wystarczyło jedno wspomnienie, żebyśmy na moment znów byli tamtymi chłopakami, dla których najważniejsze było to, czy piłka przeszła między dwoma kamieniami.
Kiedy wracałem do samochodu, próbowałem zrozumieć, czego właściwie szukałem przez cały ten dzień. Nie chodziło tylko o dziadków ani o miejsca, które zniknęły lub zmieniły się nie do poznania. Każde z nich przypomniało mi czas, kiedy byłem przekonany, że wszystko będzie trwało tak jak dawniej.
Przed wyjazdem jeszcze raz przejechałem przez miasteczko. Pamiętałem, gdzie skręcić, gdzie zwolnić i którą ulicą wyjechać na szosę. Niektóre miejsca wyglądały inaczej, inne zniknęły, ale drogi wciąż prowadziły tam, dokąd zapamiętałem.
Pomyślałem wtedy, że dziwna jest ta nasza pamięć. Potrafi przez lata przechować smak lodów, zapach siana albo kłótnię o gola, a czasem wystarczy jeden znajomy zakręt, żeby wszystko wróciło na chwilę tak wyraźnie, jakby wcale nie minęły lata.
Potem trzeba ruszyć dalej. Droga jest ta sama, tylko człowiek jedzie nią już z innego miejsca w swoim życiu.
I chyba każdy ma gdzieś taką drogę. Do domu, którego już nie ma, na podwórko, na którym nikt się nie bawi, albo do miasteczka, w którym kiedyś zostawił kawałek siebie. Niekiedy przez długie lata nie przychodzi mu do głowy, żeby tam wrócić. A kiedy w końcu wraca, odkrywa, że pamiętał znacznie więcej, niż mu się wydawało.