Żył 75 lat. Na Facebooku 3 minuty.

Żył 75 lat.

Na Facebooku był może trzy minuty.

Pojawiło się zdjęcie. Imię i nazwisko. Data urodzenia, data śmierci. Kilka słów od rodziny. Może informacja o pogrzebie. Pod spodem pierwsze komentarze: „Wyrazy głębokiego współczucia”, „Spoczywaj w pokoju”, „[*]”. Ktoś zostawi czarne serduszko.

I za chwilę już go nie ma.

Nie człowieka, oczywiście. Tego już nie ma odrobinę dłużej. Nie ma go na Facebooku. Zniknął z ekranu, przesunięty palcem w górę.

Pojawi się następny post.

I właśnie w tym jest coś dziwnego.

Człowiek może przeżyć 75 lat, a jego śmierć w naszym telefonie może trwać kilka sekund.

Nie dlatego, że jesteśmy bezduszni. Po prostu nie znamy tego człowieka. Dla nas jest czyimś nazwiskiem, twarzą ze zdjęcia, wiadomością, która pojawiła się między jednym postem a drugim. Dla kogoś innego był ojcem. Mężem. Dziadkiem. Bratem. Przyjacielem.

Dla kogoś był całym dzieciństwem.

Tego nie widać na ekranie.

Nie widać, że przez te 75 lat zdążył się zakochać, pokłócić, pogodzić, wychować dzieci, doczekać wnuków, pracować, chorować, podróżować i przeżyć setki zwyczajnych dni, których nikt nigdy nie sfotografował. Nie ma zdjęcia każdego poranka, kiedy wstawał do pracy. Nie ma filmu z każdej rozmowy przy stole. Nie ma nagrania z tych wszystkich chwil, które dla jego rodziny były życiem, choć w internecie nigdy nie dostałyby nawet jednego polubienia.

My widzimy zdjęcie.

Oni widzą 75 lat.

 

Wszystko jest treścią

 

Być może to jedna z najdziwniejszych rzeczy, do których przyzwyczaił nas internet: wszystko stało się treścią.

Narodziny są treścią. Ślub jest treścią. Rozwód jest treścią. Choroba jest treścią. Wakacje są treścią. Czyjś sukces jest treścią. Czyjaś porażka też. A kiedy człowiek umiera, jego śmierć również pojawia się jako kolejna informacja w strumieniu informacji.

Facebook nie ma osobnej wielkości ekranu dla tragedii.

Nekrolog ma taki sam prostokąt jak zdjęcie obiadu.

Śmierć człowieka, którego ktoś kochał przez czterdzieści lat, może sąsiadować z reklamą butów. Zdjęcie z pogrzebu może pojawić się kilka centymetrów nad filmem, na którym ktoś pokazuje, jak zrobić idealne paznokcie.

I właściwie wszystko się zgadza.

Bo ekran nie wie, co jest dla nas ważne.

Nie wie, że ten człowiek był dla kogoś wszystkim.

Nie wie, że po drugiej stronie telefonu ktoś właśnie siedzi przy stole i nie może uwierzyć, że już nigdy nie usłyszy jego głosu.

Dla ekranu to po prostu kolejny post.

A skoro jest kolejnym postem, można go przewinąć.

 

Czarne serduszko i dalej

 

Czasami zostawiamy krótkie „wyrazy współczucia”. Czarne serduszko. Modlitwę. Jedną gwiazdkę w komentarzu.

I to wystarcza.

Bo przecież nie znamy tego człowieka. Nie wiemy, jaki miał charakter, czy był dobrym mężem, trudnym ojcem, zabawnym dziadkiem czy człowiekiem, który przez całe życie bardziej słuchał, niż mówił.

Nie wiemy prawie nic.

Wiemy tylko, że umarł.

I może właśnie dlatego tak łatwo przechodzimy dalej.

Po chwili ktoś pokaże kota siedzącego na drzewie. Ktoś opowie o korkach. Ktoś wrzuci zdjęcie kawy. Ktoś pokaże nową fryzurę. Ktoś będzie miał coś do powiedzenia o polityce.

Życie wraca na ekran.

Tylko że dla jednej rodziny nie wróci już do poprzedniego porządku.

I może właśnie to jest najbardziej osobliwe w internetowej wersji żałoby: możemy przewinąć informację o śmierci człowieka, którego znaliśmy, podczas gdy jego bliscy nie mogą przewinąć ani jednej wspólnej chwili.

Nie mogą przewinąć ostatniego obiadu.

Nie mogą przewinąć ostatniej rozmowy.

Nie mogą przewinąć telefonu, którego już nie odbierze.

Nie mogą przewinąć tego jednego zdania, którego nie zdążyli powiedzieć.

My możemy przewinąć post.

Oni nie mogą przewinąć życia.

 

Trzy minuty

 

Dawniej nekrolog pojawiał się w gazecie. Ktoś czytał go przy śniadaniu. Może znał nazwisko. Może znał rodzinę. Może pamiętał tego człowieka sprzed dwudziestu lat.

Dzisiaj wiadomość o śmierci może pojawić się nam między zdjęciem obiadu a filmikiem z wakacji.

Jeden ruch palcem.

I już jej nie ma.

Być może tak musi być. Nie jesteśmy przecież w stanie przeżywać każdej cudzej tragedii. Nie możemy zatrzymywać się przy każdym nazwisku, które pojawi się na ekranie.

Ale może czasami warto zatrzymać się choć na moment.

Nie po to, żeby udawać żałobę po kimś, kogo nie znaliśmy.

Tylko żeby przypomnieć sobie, że za tym zdjęciem był człowiek.

Nie post.

Nie czarne serduszko.

Nie kilka słów pod fotografią.

Człowiek.

Miał 75 lat.

Miał swoje poranki, swoje niedziele, swoje kłopoty, swoje radości, swoich ludzi i swoje małe życie, którego nikt z nas nie znał.

A potem jego życie skończyło się.

Na Facebooku trwało trzy minuty.

I może to właśnie jest najbardziej przejmujące.

Nie to, że przewinęliśmy dalej.

Tylko to, że dla nas był jednym z wielu postów, a dla kogoś był całym światem.